Connor Murphy filarem Blackhawks – ale jak długo jeszcze nim pozostanie?

Jak niezliczeni inni mieszkańcy Chicago, Connor Murphy przeżył dziwną mieszankę emocji 31 grudnia, gdy zobaczył nagranie, na którym Patrick Kane i Jonathan Toews obejmują się na środku lodu w Little Caesars Arena. Kane – w koszulce Detroit Red Wings z charakterystycznym skrzydlatym kołem. Toews – w czerwono-biało-niebieskich barwach Winnipeg Jets. Była radość, że obaj wciąż są w lidze i wciąż trzymają wysoki poziom. Była nostalgia za minioną erą, która w Chicago może już nigdy się nie powtórzyć. Było też poczucie dezorientacji na widok tych dwóch twarzy w zupełnie innych barwach. Każdy kibic Blackhawks czuł to samo. Ale Murphy odczuwał jeszcze jedną emocję – trudniejszą do opisania. Nie, to nie był strach. Ani przerażenie. Być może była to po prostu świadomość nieuchronności. Skoro Patrick Kane mógł zostać wytransferowany, a Jonathan Toews mógł pozostać bez kontraktu, to co to oznacza dla zwykłego, szarego Connora Murphy’ego? „To było przypomnienie, że wszystko może się zdarzyć każdemu” – powiedział Murphy. „Myślę, że wiele się nauczyłem w tamtym okresie, gdy wymieniono Hagela, DeBrincata, Kane’a, McCabe’a, Setha Jonesa – zawodników, którzy byli dla nas bardzo ważni. Zakładasz, że jeśli ktoś jest topowym graczem i dobrze gra, to zostanie. A potem widzisz, co stało się z Tazerem oraz Kanerem, i uświadamiasz sobie, że nikt nie jest bezpieczny.”

Murphy, podobnie jak Jason Dickinson, Nick Foligno, Ilya Mikheyev, Sam Lafferty i Matt Grzelcyk, jest w ostatnim roku swojego kontraktu. Ale w przeciwieństwie do nich – nawet do Foligno jako kapitana – ten doświadczony obrońca jest głęboko zakorzeniony w Chicago. Zanurzony w tym mieście. Pochodzi z przedmieść Columbus, ale stał się prawdziwym „chicagowianinem”. Mieszka tu na stałe. Ożenił się z miejscową dziewczyną. Stworzył tu dom, stworzył tu życie. I jest najdłużej grającym zawodnikiem Blackhawks – o całe sześć lat dłużej niż ktokolwiek inny. To jego dziewiąty sezon w barwach Chicago. O jeden sezon dłużej, niż Marián Hossa i tylko o rok krócej niż pierwsza przygoda Patricka Sharpa z Blackhawks. Murphy rozegrał więcej meczów w koszulce Blackhawks, niż Jeremy Roenick i wkrótce wyprzedzi takich zawodników jak Doug Bentley czy Dirk Graham. W jakiś sposób, gracz pozyskany w mocno krytykowanej wymianie za Niklasa Hjalmarssona, stał się lokalną instytucją. Dlatego myśl o transferze albo o pozwoleniu mu, żeby odszedł latem, uderza w Murphy’ego inaczej, niż w innych przyszłych wolnych agentów. I choć Murphy wykształcił już pewną psychiczną odporność po latach spekulacji transferowych, zbliżający się termin trade deadline (który w tym roku przypada na 6 marca, a nawet tzw. „miękki” deadline przypadający na 4 lutego, który może przynieść falę wymian przed olimpijskim zamrożeniem transferów) – staje się coraz trudniejszy do ignorowania. „Gdy zbliżasz się do końca kontraktu i widzisz, co spotkało innych, nie możesz całkowicie wykluczyć żadnego scenariusza” – powiedział. „Próbujesz chronić swoje emocje, wiedząc, że wszystko może się wydarzyć. Zawsze tak na to patrzyłem – to jest biznes i różne rzeczy mogą się stać. Mając tą świadomość, starasz się cieszyć tym, co masz, gdy jesteś ze swoim zespołem. I mieć nadzieję, że potrwa to dłużej niż krócej.”

Huśtawka formy Blackhawks w tym sezonie, tylko skomplikowała mentalne łamigłówki Murphy’ego. Podczas zaskakująco dobrego początku tej kampanii, pozwolił sobie marzyć o tym, by w końcu zagrać w meczu play-off o Puchar Stanleya w United Center. Potem, gdy pozycja Blackhawks runęła w dół tabeli, szanse na jego transfer gwałtownie wzrosły. Teraz, gdy Chicago znów jest w walce o dziką kartę, Connor Bedard jest zdrowy (miejmy nadzieję), a wokół drużyny pojawił się nowy optymizm, te niepokojące myśli ponownie zeszły na dalszy plan. Ale co ważne – przez cały ten czas Murphy pozostał sobą, czyli uwielbianym kolegą z drużyny, szanowanym liderem, uspokajającym swoją obecnością. To właśnie te cechy, obok jego fizyczności, defensywnego stylu gry i praworęcznego uchwytu kija, sprawią, że będzie pożądanym uzupełnieniem składu dla drużyn walczących o mistrzostwo. „Myślę, że mamy ogromne szczęście, mając jego, Foligno i Dickinsona” – powiedział trener Blackhawks Jeff Blashill. „To bardzo poukładani goście, którzy wiele widzieli. Z wiekiem i doświadczeniem zyskujesz perspektywę. Connor ma wyjątkową perspektywę, bo jest tu tak długo. Pracował z wieloma trenerami, widział, jak przewija się mnóstwo zawodników. Podoba mi się w nim to, że potrafi bardzo trzeźwo oceniać sytuację, bez poddawania się naturalnym ludzkim emocjom związanym z wygrywaniem i przegrywaniem.”

Ta zdolność do analitycznego, a nie emocjonalnego podejścia, bardzo pomaga Murphy’emu w poruszaniu się po mentalnie zdradliwym terenie kończącego się kontraktu. Z jednej strony desperacko chce zobaczyć, jak przebudowa Blackhawks kończy się sukcesem – jak ogród, który latami podlewał, rozkwita w coś wspaniałego. Byłoby dla niego równie bolesne, co budujące, gdyby Chicago znów walczyło o najwyższe cele już bez niego. Z drugiej strony, transfer mógłby wreszcie otworzyć mu drzwi do play-offów. Murphy zbliża się do 800 meczu w NHL, wiosną skończy 33 lata, a nigdy nie grał w prawdziwej atmosferze play-offów, oprócz dziewięciu meczów w sterylnej „bańce” w Edmonton. Widział mistrzów, takich jak Alec Martinez czy Pat Maroon, kończących kariery bez fajerwerków w koszulkach, o których mało kto dziś pamięta. Widział dumnego weterana T.J. Brodiego, kończącego karierę jako długotrwały rezerwowy – niechciany i niewymienialny. Widział Kane’a, wysłanego do Nowego Jorku, znikającego w nocy podczas wyjazdu. Widział Toewsa kończącego karierę na cudzych warunkach, tylko po to, by dwa lata później wrócić do NHL w barwach Winnipeg z niedokończonymi sprawami. Widział najemników przychodzących i odchodzących w poszukiwaniu kolejnego rocznego kontraktu.

Murphy może stać się każdym z nich. Być może już wkrótce. W dużej mierze nie ma na to wpływu. Najlepszym sposobem, by pozostać w Chicago choć trochę dłużej, jest jednak wygrywanie. Generalny menedżer Kyle Davidson tak naprawdę nie potrzebuje kolejnego wyboru w trzeciej rundzie do swojej ogromnej kolekcji, więc jeśli Blackhawks pozostaną w grze, prawdopodobnie zatrzyma Murphy’ego i Dickinsona – obu kluczowych zawodników i asystentów kapitana. Ale jeśli znów wszystko się posypie, Davidson może jednak sięgnąć po ten trzeci wybór. Connor nie wie, co się wydarzy. Brzmi nawet tak, jakby sam nie wiedział, czego tak naprawdę chce. Przez dziewięć sezonów w Chicago nauczył się wiele od graczy, którzy przychodzili i odchodzili. Ale te lekcje często wzajemnie się wykluczają. „Każdy ma inną oś czasu w swojej karierze – inne miejsce, inne priorytety” – powiedział. „Niektórzy dużo podróżowali po różnych drużynach i chcą wreszcie zostać w jednym mieście. Inni są otwarci na wszystko, byle dostać więcej minut gdzie indziej. Trudno powiedzieć. Jedno, co się powtarza w opowieściach ludzi, którzy tu grali, to to, że dobrze się tu czują i lubią być w Chicago.”

Murphy kocha Chicago. Jest najbardziej aktywnym zawodnikiem Blackhawks w działaniach społecznych, dlatego już piąty rok z rzędu jest nominowany przez klub do nagrody King Clancy Memorial Trophy. Dostarczał posiłki pracownikom pierwszej linii podczas pandemii. Odwiedza szpitale, pracuje z lokalnymi dziećmi, zagląda do remiz strażackich, komisariatów policji i domów Ronalda McDonalda. Jest wszędzie – niemal codziennie. Connor Bedard może być twarzą Blackhawks, ale Connor Murphy od lat jest ich sercem. I to już coś więcej niż tylko hokej. Murphy i jego żona Kristina, pielęgniarka z okolic Chicago, wielokrotnie rozmawiali o jego niepewnej przyszłości. Kristina Murphy ma spore doświadczenie z brutalną stroną sportowego biznesu – widziała, jak jej przyjaciółki z dnia na dzień musiały opuszczać miasto. „Zbliżyła się do wielu dziewczyn z drużyny, których mężowie byli wymieniani” – powiedział Murphy. „Widziała, jak to jest dla nich trudne, gdy nagle muszą się przeprowadzać, więc poznała tę biznesową stronę. Ona też stąd pochodzi, więc mieliśmy ogromne szczęście, że to miejsce stało się naszym domem. To stało się moim domem i pozostało jej domem.”

Ale jak długo jeszcze? Murphy nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Davidson też nie. Przynajmniej na razie. Całe życie rodziny Murphych, może zostać wywrócone do góry nogami w dowolnym momencie między dzisiaj, a datą 6 marca. Może to być druzgocące. Może ekscytujące. Może przerażające. Może ożywcze. Connor nie dowie się, dopóki to się nie wydarzy. Jeśli się wydarzy. Na razie najlepsze, co może zrobić, to żyć chwilą i starać się trzymać ten natrętny głos jak najdalej w tyle głowy. Po prostu płynąć dalej. Po prostu dalej wygrywać. „Nie sądzę, by cokolwiek się dla mnie zmieniło tylko dlatego, że to ostatni rok mojego kontraktu” – powiedział. „Dopóki tu jestem, chcę wygrywać dla tej drużyny i dla tego miasta.” To świetne podsumowanie podejścia tego doświadczonego obrońcy, dla którego ważna jest ta organizacja, ta drużyna, ta hala i ci kibice. No cóż, życie jest czasami brutalne, ale to naprawdę fajny facet i oby jego ewentualna wymiana miała tylko jeden cel – dalszy rozwój i rozbudowę Chicago Blackhawks.

Poprzedni wpis
Szanse Connora Bedarda na udział w Igrzyskach rosną po kontuzji Braydena Pointa
Następny wpis
Chicago Blackhawks vs Calgary Flames – zapowiedź meczu