Blackhawks muszą się ogarnąć po kolejnej dotkliwej porażce

Czy to już czas na panikę w Chicago Blackhawks? Nie, ale ostatnie pięć tercji budzi niepokój. Bo ten okres w wykonaniu zawodników Blackhawks to najgorszy fragment gry, jaki rozegrali pod wodzą trenera Jeffa Blashilla. Weekend zaczął się dobrze, ponieważ Blackhawks mieli solidną pierwszą tercję przeciwko Los Angeles Kings. Potem wszystko się posypało, gdy zainkasowali 6 bramek w ostatnich 40 minutach. Zamiast odbić się i wysłać pozytywny sygnał w niedzielę, Blackhawks kontynuowali fatalną grę, kompromitując się porażką 1:7 z Anaheim Ducks.

„W obu tych meczach byliśmy naprawdę, naprawdę słabi” — powiedział Blashill. „Nasze dwa najgorsze mecze w roku to były te dwa mecze w back-to-backu i to jest niewybaczalne. Żaden z nich nie był jakoś szczególnie trudny pod względem podróży. A mamy kolejne przed sobą. Musimy znaleźć sposób, żeby być lepszymi w meczach dzień po dniu.”

Blackhawks zostali pokonani przez Ducks w strzałach 53:20 i ani przez moment nie byli w grze. Z jakiegoś powodu spędzili ostatnich pięć tercji, grając w sposób chaotyczny, bez struktury, bez kierunku. Przegrali w każdym aspekcie gry. Zostali przejechani na całej długości lodu, a wysiłek, z którego ta drużyna była znana, zniknął. „Kiedy dwa wieczory z rzędu dostajesz łomot na tablicy wyników — a dzisiaj to była totalna, totalna chłosta — twoja pewność siebie siada” — dodał Blashill. „Ale to jest liga dla dużych chłopców. Musisz mieć odporność psychiczną i musisz znaleźć sposób, żeby wrócić do roboty. To są lekcje, jakie trzeba odrobić. Jedna rzecz, która mi dotąd u tej drużyny imponowała, to to, że odrabiali lekcje.”

Te dwa ostatnie mecze są frustrujące, ponieważ wcześniej zespół grał naprawdę dobrze. Ale — jak mówi Blashill — muszą znaleźć sposób, by wrócić do tamtego poziomu. Odpowiedzi nie przyjdą z zewnątrz, należy ich szukać w szatni. Jasne, można dowołać kogoś z farmy albo trochę pomieszać w składzie, ale kawaleria nie nadjedzie na ratunek sama. Chłopaki w szatni muszą to naprawić, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Jeśli spojrzy się szerzej, to te dwa wysoko przegrane mecze są tylko dwoma z 82 spotkań w całym sezonie. Blackhawks wciąż tracą jeden punkt do miejsca gwarantującego dziką kartę i pięć punktów do trzeciego miejsca w Dywizji Centralnej. Są w o wiele lepszej sytuacji niż ktokolwiek przewidywał przed sezonem. To nie jest usprawiedliwienie dla kompromitacji w dwóch ostatnich meczach, ale powinno dawać nadzieję, że skierują okręt na właściwy kurs szybciej niż później. Przede wszystkim muszą zacząć od tego, by nie polegać we wszystkim na Spencerze Knighcie i Connorze Bedardzie. Ktoś inny musi wyjść przed szereg i wygrać dla tej drużyny mecz. Naprawę powinni zacząć już w najbliższym spotkaniu przeciwko New York Rangers.

Blackhawks zawiedli swojego bramkarza

Bycie rezerwowym bramkarzem w NHL nie jest łatwą robotą. Nie gra się tak często, jakby się chciało, trzeba być gotowym wejść na lód w każdej chwili, a jeśli nie zagra się dobrze, kibice natychmiast wieszają psy na takiego goalkeepera. Arvid Söderblom spisuje się dobrze w roli rezerwowego w tym sezonie. Miał serię pięciu kolejnych startów, w których wpuszczał trzy gole lub mniej, zanim zaliczył katastrofalny występ w Buffalo.

W ostatnim meczu Söderblom był świetny w pierwszej tercji. Obronił 16 strzałów, utrzymując swoją drużynę w grze. Jedyny gol, jaki wpuścił, padł po fatalnej stracie krążka przez Ilyę Mikheyeva. Niestety, Blackhawks nie odwdzięczyli się swojemu bramkarzowi w drugiej tercji, bo kontynuowali chaotyczną i niedbałą grę. Ostatni wynik nie będzie wyglądał dobrze w statystykach, ale drużyna kompletnie nie pomogła szwedzkiemu bramkarzowi i to jest niewybaczalne. Fakt, że Söderblom obronił rekordowe w karierze 46 strzałów w meczu, w którym wpuścił siedem goli, mówi wszystko o tym, jak fatalnie Blackhawks grali w swojej tercji obronnej.

Gdzie są napastnicy?

W dzisiejszym hokeju kładzie się nacisk na to, by obrońcy częściej strzelali. Tworzenie ofensywy z tyłu to duży atut w obecnych czasach, a Blackhawks są lepsi, gdy ich defensorzy aktywnie pracują z krążkiem. Jednak w meczu przeciwko Anaheim wydawali się być jedynymi graczami w białych strojach, którzy w ogóle mieli ochotę strzelać.

Blackhawks oddali sześć strzałów na bramkę w pierwszej tercji — wszystkie były autorstwa obrońców. W drugiej tercji było odrobinę lepiej, ponieważ cztery z siedmiu strzałów pochodziły od napastników. Ale rozegrać 60 minut i oddać dziewięć strzałów na bramkę przez 12 napastników to naprawdę wynik godny pożałowania. Ryan Donato, Jason Dickinson, Ryan Greene, Frank Nazar, Ilya Mikheyev i Connor Bedard zaliczyli po jednym strzale. Andre Burakovsky miał zero prób strzału.

Oczywiście, trzeba mieć krążek na kiju, żeby strzelać, a Blackhawks praktycznie go nie mieli w swoim posiadaniu. A więc co tu dużo mówić – trzeba zacząć pracę od podstaw. Trzeba wrócić do tego co było dobre przez większość obecnego sezonu. To, że tych zawodników na to stać, to już to wiemy. Wczorajsza decyzja o odesłaniu Sama Rinzela do Rockford, daje dużo do myślenia. Wskazuje na to, że Jeff Blashill prawdopodobnie zmieni ustawienie drużyny i zespół zagra w układzie 12 napastników oraz sześciu obrońców. No cóż, trzeba próbować coś zmienić, oprócz powrotu do podstaw…

Poprzedni wpis
Porażka Blackhawks w meczu wyjazdowym z Anaheim Ducks
Następny wpis
Spostrzeżenia z ostatniego treningu Blackhawks