Zawodnicy, którzy poza Connorem Bedardem błyszczeli podczas serii wyjazdowej Blackhawks

Seria wyjazdowa Blackhawks, która zakończyła się niedzielnym meczem w Detroit, pokazała, że oprócz Connora Bedarda, ta drużyna ma także kilku graczy, którzy są w stanie nadawać jej kierunek. Ta niezła mieszanka rutyny z młodością, dała kibicom z Wietrznego Miasta wiele radości w ostatnich trzech meczach. Kto wyróżnił się w znaczący sposób? Zapraszamy do poniższego podsumowania…

Artyom Levshunov

Podczas przewagi liczebnej w pierwszej tercji meczu w Calgary, Artyom Levshunov zatrzymał krążek w pobliżu własnej niebieskiej linii i przez moment po prostu stał. Widać było, jak w jego głowie kiełkuje pomysł — ten charakterystyczny błysk, który tak często pojawia się u tego zadziornego młodego obrońcy. Zamiast odwrócić się i wykonać klasycznego „drop passa”, dwudziestoletni defensor podał krążek do André Burakovsky’ego, który od razu posłał go dalej.

Świadomie czy nie — wyszło to niezwykle zabawnie, zwłaszcza w kontekście tego, co wydarzyło się dwa dni wcześniej w Vancouver. Wtedy, podczas przewagi w trzeciej tercji — swojej pierwszej jako „rozgrywający” pierwszej w jego wykonaniu w formacji power play — Levshunov wyglądał tak, jakby wszystko w nim krzyczało, żeby tylko nie wykonać tego drop passa. Zatrzymał się, obrócił z wahaniem, jakby jego ciało i głowa nie mogły dojść do porozumienia, co właściwie mają zrobić. Ale właśnie tak wygląda gra Blackhawks w przewadze — podanie w tył do Bedarda, Nazara albo innego zawodnika, który nabiera prędkości w środkowej tercji. To standard w Chicago. Zresztą nie tylko w Chicago – to standard w całej NHL oraz innych ligach wzorujących się na najlepszych hokejowych rozgrywkach na świecie. Tylko, że Levshunov nie jest standardowy. Jego próba wykonania tego automatycznego zagrania skończyła się jedną z najbardziej fatalnych strat, jakie można sobie wyobrazić — w pobliżu własnej tercji, bez żadnego z napastników, którzy mogliby go asekurować od tyłu. Cudem nie skończyło się to bramką dla Canucks. Chwilę później, w tej samej zmianie, Levshunov odegrał jednak krążek do Connora Bedarda, a ten sprytnie odbił go od Tylera Bertuzziego, który zdobył bramkę w przewadze. Tak właśnie wygląda prawdziwy Levshunov, grający płynnie, kierujący się instynktem, nie schematem. Zaprogramowane systemy i z góry ustalone zagrania? To nie jego świat. Przynajmniej nie zawsze. I wcale nie musi to być coś złego.

„Rozmawialiśmy o tym sporo” — przyznał trener Jeff Blashill. „Niech robi to, co uzna za słuszne, a nie to, co myślałby, że chcemy, żeby zrobił. Kiedy gra z większą swobodą, jest znacznie lepszy. To gracz instynktu. I dobrze sobie z tym radzi przy grze pięciu na pięciu. W końcu zacznie też to robić podczas power play.”

Tamto odważne, wręcz szalone rozegranie przewagi w Vancouver, było jedynym power play’em, jakie Blackhawks mieli w tamtym meczu. Mając na uwadze bilans 3 na 21 wygranych przewag w poprzednich sześciu spotkaniach, Jeff Blashill uznał, że czas coś zmienić. Levshunov pozostał na pozycji rozgrywającego w pierwszej formacji, a Frank Nazar i Teuvo Teräväinen wskoczyli do drugiej jednostki specjalnej. I już w Calgary, przy pierwszej przewadze w meczu, wszystko zagrało jak w zegarku: Levshunov – Bedard – Bertuzzi-gol. Tym razem młody Białorusin pozwolił jednak, by André Burakovsky wykonał klasycznego drop passa przy wejściu do tercji. Niech mu będzie. Czasem trzeba ustąpić schematowi, jeśli to ma zapewnić skuteczność. Liczy się efekt — zdobyta niebieska linia i bramka.

W niedzielę w Detroit, Levshunov dołożył do swojego dorobku kolejne dwie asysty — jedną przy bramce Bedarda już w pierwszej minucie, drugą przy trafieniu Bertuzziego w trzeciej tercji. To dało mu siedem asyst w ostatnich siedmiu meczach i pomogło Blackhawks zakończyć wyjazdową serię z bilansem 3–2–1, najdłuższą taką passą od sezonu 2016–17. Artyom ma w sobie coś z artysty – widzi linie podania, zanim ktokolwiek inny je zauważy. Czyta grę błyskawicznie, niemal telepatycznie – przynajmniej wtedy, gdy już znajdzie się w tercji ofensywnej. Droga do niej bywa jeszcze przygodą, ale ma dopiero 20 lat, a niedzielny mecz był dopiero 33 w jego karierze NHL. Czas, aby dopracować szczegóły, wciąż ma po swojej stronie.

„Chłopaki w przewadze czują się naprawdę pewnie, kiedy już się ustawią w tercji” — mówił Blashill po meczu. „Teraz musimy tylko dopilnować, żeby tam docierali”.

Oliver Moore

Są zawodnicy szybcy. I są zawodnicy szybcy na poziomie NHL. Wiosną tego roku, gdy Oliver Moore opuścił University of Minnesota, by rozegrać kilka meczów w barwach Blackhawks, wyglądał po prostu na szybkiego chłopaka z uczelni. Ale teraz, po trzech spotkaniach w swoim drugim podejściu do NHL, widać różnicę gołym okiem. To już nie tylko szybkość — to pewność ruchu, agresja, wyczucie rytmu gry. Moore nie ucieka od krążka, on go goni. Jest jak cień rywala, wgryza się w każdy pojedynek, przewraca tempo gry do góry nogami i przejmuje lodowisko centymetr po centymetrze. W niedzielnym meczu w Detroit był wszędzie — pięć strzałów, kilka błyskotliwych wejść, a wreszcie, w ostatniej minucie, pierwszy gol w NHL. Po dwóch wcześniejszych próbach, powstrzymanych przez Johna Gibsona — najpierw w sytuacji sam na sam, potem przy dobitce — trzecia była już jego. Piękny pass od Ryana Donato i pewne uderzenie pozwoliło rozpocząć nową historię.

Różnica między wiosennym Moore’em, a tym obecnym jest prosta – chodzi o pewność siebie. „Pewność siebie to niesamowita rzecz” – powiedział Jeff Blashill. „Gdy Oliver opuszczał drużynę, nie miał jej na takim poziomie, jak teraz. Ale od tego jest czasem pobyt w AHL — żeby odbudować się i wrócić silniejszym.” Pomogło w tym z pewnością sześć goli w dziewięciu meczach w Rockford IceHogs. Choć, jak sam napastnik przyznaje, przemiana zaczęła się dużo wcześniej. „To nie zaczęło się na początku sezonu, tylko już latem” – powiedział Moore. „Wiedziałem, że mogłem dać z siebie więcej wiosną. Tamte dziewięć meczów pokazało mi, nad czym muszę pracować — tempo, decyzje, systemy. NHL to zupełnie inny poziom niż college. Każdy przechodzi moment trudności, ale liczy się to, jak na nie odpowiesz.”

Zamiast wrzucić Moore’a od razu na skrzydło przy Connorze Bedardzie, Blashill wstawił go w miejsce kontuzjowanego Jasona Dickinsona, między dwóch doświadczonych graczy o silnych cechach defensywnych — Ilyę Mikheyeva oraz Ryana Donato. Efekt? Zadziwiająco harmonijny. Donato, sam szybki i świetnie przygotowany po letnim treningu (który zresztą zainspirował Bedarda do poprawy kroku w offseason), nie krył uznania: „On jest jak zwierzak” – śmiał się Donato. „Ma niesamowity silnik, ale też świetną energię w szatni. Jest pozytywny, rozluźnia atmosferę, a na lodzie jest jak pies, który dopadł kość. Pracuje bez przerwy. Gra z nim to czysta przyjemność.”

Moore docenia to wsparcie. Donato i Mikheyev dają mu wskazówki, ale nie narzucają sposobu gry. Kilka krótkich rozmów na ławce, parę słów po słabszej tercji i to wystarczy. „Świetnie się ze mną komunikują” – mówi młody napastnik. „Rozegrali setki meczów więcej ode mnie, więc ich doświadczenie naprawdę wiele dla mnie znaczy. Ale jednocześnie pozwalają mi być sobą, grać swobodnie i pewnie. To dopiero trzy mecze, ale czuję luz, czuję się pewny. To zasługa tych chłopaków i całej atmosfery w tej drużynie.”

Tyler Bertuzzi

Po ostatnich meczach wielu fanów może zadać pytanie: dlaczego wszyscy nie grają tak jak Bertuzzi? Hmm, czy na pewno? Przecież nie jest najszybszy. Nie ma najmocniejszego strzału. Nie jest też największy ani najbardziej błyskotliwy technicznie. A jednak, wszędzie, gdzie się pojawia, dzieją się ciekawe rzeczy. Bo to, co czyni Bertuzziego wyjątkowym, nie mieści się w statystykach. Nie zmierzy się tego w expected goals, w procentach posiadania krążka, w liczbie udanych podań przez strefę. To energia, przewrotność, wieczny chaos, który ten napastnik wlewa w każdą akcję. „Nie wiem” – powiedział Bertuzzi zapytany, dlaczego więcej zawodników nie gra jak on przy bramce. „Bolą mnie plecy. Może dlatego” – podsumował z szelmowską miną.

Podczas wyjazdu, który przyniósł Blackhawks cztery zwycięstwa w sześciu meczach, Bertuzzi był żywym motorem napędowym drużyny. To gracz czasem irytujący, często genialny, zawsze nieprzewidywalny. W Seattle — bramka i asysta. W Edmonton — prowokacja, po której przeciwnik wyleciał na ławkę kar, a Chicago w przewadze zdobyło gola. W Vancouver — kilka brutalnych sekund przy bandzie, które całkowicie zmieniły ton gry. Tak właśnie działa Bertuzzi – rozmontowuje rywali psychicznie, zanim jeszcze zacznie się walka o krążek. Robi rzeczy, których inni się boją i robi je z uśmiechem, jakby cała liga była jego prywatnym boiskiem do zabawy. Jeff Blashill zna tego hokeistę doskonale, gdyż trenował go już w Detroit. „Tyler zawsze miał to coś – mówi trener. „To rzadkie połączenie pasji, odwagi i cwaniactwa. Potrafi być brzydki w najlepszym tego słowa znaczeniu. To taki zawodnik, którego nienawidzisz mieć przeciwko sobie, ale kochasz mieć po swojej stronie.” W szatni mówi się o nim „iskra”. Nie dlatego, że błyszczy. Dlatego, bo zapala innych.

Zdolność Bertuzziego do zamykania akcji w rogu bramki jest niby prosta, a jednak tak trudna. Bert opiera kij przy łyżwie i często klęka na jedno kolano, by dać podającemu większą powierzchnię do trafi­enia. „On jest w tym tak dobry” – powiedział Bedard. „Wygląda to łatwo, ale tak naprawdę nie jest to łatwe. Dlatego niewielu może to robić tak dobrze jak on. On potrafi powiększyć się i złapać krążek kijem albo nogą albo klatką piersiową. To dla mnie fajne, że mam to zawsze jako opcję.” A co może zrobić bramkarz z gościem takim jak on? Spencer Knight powiedział, że wszystko, co można zrobić to tylko być świadomym jego obecności. „On jest chyba jednym z najlepszych w lidze przy bramce” – powiedział Knight.  „Często stoi na jednej nodze i wali w krążek. To zawodnik, który jest mądry. Wie, gdzie musi być i myślę, że dlatego jest tak skuteczny.”

Andre Burakovsky

Granie z utalentowanymi zawodnikami to umiejętność. Taką umiejętność musieli nabyć zawodnicy Blackhawks, przez niemal dekadę mając w składzie Patricka Kane’a. To zdecydowanie trudne zadanie, aby nadążyć za zawodnikiem, który widzi grę i myśli hokejowo na ekstremalnie wysokim poziomie oraz potrafi wykonać zagrania, których inni nie potrafią. Jednak to wszystko wydaje się nie być problem dla Andre Burakovsky’ego. Może się wydawać trywialne stwierdzenie, że on gra najlepiej, gdy gra z świetnymi zawodnikami, ale nie można tego podważyć. W swoich trzech latach w Colorado Avalanche, Burakovsky notował średnio 0,78 punktu na mecz, grając głównie w linii ataku z Nazemem Kadrim, ale także znaczną część czasu w pierwszej formacji z Nathanem MacKinnonen i Mikko Rantanenem. Był dynamicznym zawodnikiem playoff-owym, zaliczającym siedem goli i dziesięć asyst w play-offach 2020 roku oraz osiem punktów podczas zdobycia Pucharu Stanleya w 2022 roku. Burakovsky potrafił utrzymać się przy najlepszych graczach świata i potrafi utrzymać się również przy Connorze Bedardzie.

Z siedmioma golami i siedmioma asystami w 15 meczach, Burakovsky wygląda na pełnoprawnego zawodnika pierwszej linii, jakiego główny menadżer Hawks, Kyle Davidson, miał nadzieję mieć. A jego szybkość i zdolność transportowania krążka, uwolniły Bedarda od konieczności niesienia wszystkiego na swoich barkach. „Chemia między nami jest naprawdę dobra” – powiedział Burakovsky. „Bedsy nie musi zabierać całego ciężaru gry na siebie. Mogę mu pomóc w tym odciążeniu i rozgrywać krążek. Mogę ustawić go do strzału, żeby nie musiał wszystkiego sam robić”.

Burakovsky powiedział, że nie czuł żadnych prawdziwych emocji przy powrocie do Seattle, podczas tej serii wyjazdowej. Jego trzy lata w barwach Kraken były naznaczone przegranymi i frustracją. Wszystko zaczęło się świetnie, z trzynastoma golami i dwudziestoma sześcioma asystami w 49 meczach w pierwszym sezonie, ale kontuzja pachwiny przerwała tą zapowiadającą się na udaną kampanię. Potem przyszedł złamany obojczyk i złamane żebro. Burakovsky spędzał miesiące na rehabilitacji, zamiast trenować, więc gdy pojawiał się na obozie przygotowawczym, już na starcie był w tyle i nie łapał się do składu. Kontuzje wpływały na trening, co wpływało na pewność siebie, wpływało na jego grę oraz wpływało na czas gry. Był uwięziony w czymś w rodzaju błędnej pętli — „efektu śnieżnej kuli”, jak to sam określił. Kiedy Davidson dokonał wymiany, nie obiecywał Burakovsky’emu miejsca w linii Bedarda, ale obiecał mu danie większej szansy niż miał w Kraken. To było wszystko, czego Burakovsky potrzebował usłyszeć. „Kyle powiedział, że dadzą mi szansę i wtedy to ode mnie zależy, czy ją wykorzystam, czy nie” – powiedział Burakovsky. „Jasno określił, gdzie mnie widzi w składzie i że będę dostawać możliwości, by udowodnić swoją wartość.”

Jeśli Bertuzzi jest rzemieślnikiem, to Burakovsky jest artystą lodu. Jego ruchy są płynne, niemal taneczne, jakby każdy krążek śledził niewidzialną melodię, a jego linia jazdy była nutą w symfonii Blackhawks. W Calgary i Detroit pokazał, że potrafi być tym, który przewiduje przestrzeń, który znajdzie wolnego kolegę, zanim jeszcze rywal zdąży go zauważyć. Każda asysta, każde podanie, każdy precyzyjny strzał w jego wykonaniu to nie przypadek, lecz matematyka w ruchu, perfekcyjny balans między intuicją, a techniką. Gdy w Detroit podał krążek Teuvo Teräväinenowi na strzał z pierwszego krążka lub gdy ustawił Bedarda i Bertuzziego przy power play — to była magia, która nie wymagała blasku fleszy. Cicha pewność siebie.

Burakovsky to gracz, który sprawia, że linia ofensywna Blackhawks nie jest tylko sumą talentów, ale całością większą niż jej części. Jego tempo, czytanie gry, kreatywność, sprawiają, że Bedard błyszczy jeszcze jaśniej, a każdy mecz staje się lekcją hokejowej sztuki. Burakovsky pokazuje, że w NHL można grać pięknie i skutecznie jednocześnie. Jest kontrastem do Bertuzziego, ale razem tworzą duet, który definiuje nową twarz Chicago Blackhawks, czyli równowagę między instynktem a strategią, pasją a techniką, ogniem a lodem.

Nathan MacKinnon w zeszłym roku powiedział, że Bedard jest daleko przed tym, gdzie on był w tym samym wieku. MacKinnon potrzebował dopiero piątego sezonu w NHL, by zabłysnąć, podczas gdy Bedsy robi to już w trzecim. Sam Burakovsky nie wahał się porównać dwójki. „Connor już tam jest” – powiedział Burakovsky. „Jego zestaw umiejętności i jego jazda na łyżwach, sposób, w jaki widzi lodowisko i sposób, w jaki walczy, sposób, w jaki stara się wygrać każdą bitwę — to naprawdę przyjemne do oglądania. On już jest zdecydowanie wśród najlepszych graczy tej ligi. I jest tak młody. Jestem podekscytowany, że mogę śledzić go i zobaczyć, jak daleko zajdzie.”

Spencer Knight

Jeśli utrzyma tę formę, którą teraz ma, będzie goalkeeperem z najwyższej półki. Prawda jest taka, że bramkarze zawsze żyją we własnym małym świecie. Spencer Knight nie jest wyjątkiem. Zapytany zaraz po meczu w Vancouver, co zostało powiedziane w szatni w drugiej przerwie, tuż po jednej z najgorszych tercji Blackhawks w sezonie i tuż przed jedną z ich najlepszych — Knight przeszukiwał rejony umysłu zanim się poddał. „Szczerze mówiąc, nie wiem” – powiedział z uśmiechem. „Blash mówił o jakiejś ofensive-zone, defensive-zone, neutral-zone. Rzeczy dotyczące graczy na tafli. To było dobre. Tyle z tego pamiętam”. Uczciwie mówiąc, bramkarze też są graczami na tafli i może nie ma ważniejszego obecnie hokeisty w Blackhawks, niż Knight, Bedarda w to wszystko wliczając.

Według Evolving Hockey, Spencer prowadzi w NHL w liczbie bramek uratowanych ponad oczekiwania, na poziomie aż 17,38 gola w 11 startach. To więcej o cztery gole od miejsca drugiego, które zajmuje Connor Hellebuyck, trzykrotny zdobywca Trofeum Veziny i siedem goli nad trzecim — Lukášem Dostálem. Jego 92,6% skuteczności obron jest drugim wynikiem w lidze, tuż za Loganem Thompsonem. Miał tylko jedną naprawdę słabą noc w tym sezonie — przeciwko Winnipeg, na otwarciu wyjazdowej trasy. Blashill zawsze zaznaczał, że Arvid Söderblom też był dobry, zaliczając chociażby 44 obrony w wspaniałym występie w Detroit, ale to Knight prowadzi drużynę i dał wyraźny sygnał walki o miejsce w Team USA na Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie. Ten zaskakujący start Blackhawks wyglądałby zupełnie inaczej bez niego. „On wykonał dobrą robotę, gdy nie graliśmy najlepiej, znajdując sposób, by utrzymać nas w grze” – powiedział Blashill. „On dał nam szansę wygrać.”

Czasem powrót nie zaczyna się od wielkiego meczu. Zaczyna się od jednego spokojnego uderzenia kijem o taflę, od pierwszego pewnego chwytu, od momentu, w którym bramkarz po prostu wie, że znowu wszystko działa. A Spencer Knight wrócił do NHL po burzliwym roku i przez długi czas jego gra była jak echo dawnej formy – obecna, ale odległa. Aż do sześciomeczowej serii wyjazdowej Blackhawks. W Edmonton zatrzymał 38 z 39 strzałów. W Vancouver – 27 z 28. Nie było w tym fajerwerków, nie było dramatyzmu. Była za to konsekwencja, czystość ruchu, spokój, który udzielał się całej drużynie. „Zawsze wiedzieliśmy, że on wróci do swojej najwyższej formy” – powiedział Arvid Söderblom. „Teraz wygląda jak facet, który znowu lubi bronić.”

Knight znów gra tak, jakby świat zwolnił wokół niego o pół sekundy. Jakby wreszcie zrozumiał, że nie musi niczego udowadniać, wystarczy tylko przypomnieć wszystkim, dlaczego kiedyś był uważany za bramkarza przyszłości. W ostatnim meczu w Detroit nie musiał nawet wchodzić na lód. Siedział z boku, uśmiechnięty, patrząc, jak Söderblom zatrzymuje swojego brata i całe miasto. Ale w oczach miał coś innego — spokój człowieka, który wie, że jego czas wraca.

Alex Vlasic

Cisza też może być formą dominacji. Alex Vlasic nie potrzebuje hałasu. Nie potrzebuje błysków fleszy ani dramatycznych gestów. Wystarczy mu, że krążek nie trafia do bramki, a rywale wracają na ławkę z tym samym, nieodmiennym grymasem frustracji. Podczas sześciomeczowej serii wyjazdowej Blackhawks, gdy inne nazwiska przewijały się w nagłówkach mediów, Vlasic po prostu robił swoje. Krok w prawo, kij w poprzek lodu, idealny kąt i kolejny atak rywala kończył się tam, gdzie zaczynała się jego cierpliwość. W meczu z Edmonton zaliczył dziewięć zablokowanych strzałów i kilkanaście drobnych interwencji, które nie trafiły do żadnej rubryki statystycznej, ale gdyby ich zabrakło, Connor McDavid miałby na swoim koncie hattricka. W Calgary — spokojne, lodowate 22 minuty z pewnością w każdym ruchu. Jeff Blashill ujął to po swojemu, mówiąc: „Alex gra tak, jakby miał w głowie wbudowany radar. Nie szuka fajerwerków, tylko swojej przewagi nad rywalem.” Niektórzy obrońcy błyszczą. Inni po prostu znikają przeciwnikom z drogi, zanim ci zdążą pomyśleć. Vlasic należy do tej drugiej kategorii. Nie szuka pochwał, nie szuka świateł, bo prawda jest taka, że gdy grasz tak dobrze, światło i tak znajdzie cię samo.

Poprzedni wpis
Podsumowanie kolejnego tygodnia rozgrywek w wykonaniu Blackhawks
Następny wpis
Bramkarze Blackhawks stają się jednym z największych atutów organizacji