Blackhawks liczą, że Bedard i Nazar wrócą do przeobrażonej oraz bardziej wszechstronnej drużyny

Cztery tygodnie temu Buffalo Sabres byli ostatni w Konferencji Wschodniej, na 31 miejscu w całej NHL i – jak zawsze – bez nadziei. Do zwolnienia menedżera generalnego dzieliło ich sześć dni, a od ostatniego występu w play-offach minęło ponad 14 lat. Było tak ponuro, jak tylko się da. Dziesięć kolejnych zwycięstw później, ci sami Sabres znajdowali się na miejscu dającym awans do play-offów. Dziura, którą Blackhawks wykopali dla siebie przez ostatnie siedem tygodni, nie jest tak głęboka jak ta, w której tkwiło Buffalo. Nic więc dziwnego, że patrzą na to, co zrobili Sabres, i myślą: „Dlaczego nie my?”. „Staramy się wrócić na zwycięską ścieżkę i zachować nadzieję, by być drużyną jak Buffalo – taką, która się odwraca, łapie serię wygranych i próbuje wrócić do gry” – powiedział doświadczony obrońca Connor Murphy.

Pobożne życzenia? Być może. Ale Blackhawks byli w najbliższej odległości do play-offów, gdy w składzie mieli Connora Bedarda i Franka Nazara – swoich dwóch najlepszych środkowych. Nazar, który 20 grudnia dostał krążkiem w szczękę, kręcił się ostatnio na porannym rozjaździe, uśmiechnięty i rozbawiony. A Bedard, który 12 grudnia doznał urazu barku, w piątek znów zaczął strzelać i jak powiedział trener Jeff Blashill : „ładował naprawdę solidnie”. A więc jak widać pomoc jest w drodze.

Realistycznie czy nie, gdy wczoraj w Waszyngtonie dotarli do półmetka sezonu, Blackhawks wciąż nie skreślają się z tych rozgrywek. Wygrana 3:2 po rzutach karnych z Capitals – z nieoczekiwanym Nickiem Foligno zdobywającym zwycięskiego gola w szóstej serii karnych i znakomitym Spencerem Knightem, który obronił 32 strzały – tylko wzmocniła ich wiarę. W ciągu ostatnich ośmiu dni Blackhawks dwukrotnie pokonali potężnych Dallas Stars, doprowadzili New York Islanders do karnych i wygrali z Capitals na wyjeździe. Jedynym prawdziwym potknięciem była porażka 3:7 z Pittsburghiem pośrodku tego okresu, ale nawet ona była lepszym występem, niż sugeruje wynik. I nagle Chicago traci zaledwie cztery punkty do San Jose w walce o drugą dziką kartę na Zachodzie. „To ogromnie ważne dla morale, że nie zaliczamy zjazdu i nie dołujemy się” – powiedział Jason Dickinson. „Wydzieramy kolejne zwycięstwa i utrzymujemy się w grze. Dajemy sobie powód, by naciskać w kierunku play-offów. Łatwo byłoby się spakować i powiedzieć: no cóż, straciliśmy dwóch najlepszych napastników, biada nam, wszyscy i tak spodziewają się, że będziemy słabi, więc czemu po prostu nie być słabym? Zamiast tego mówimy o procesie, o poprawie jako grupa i o graniu bardziej kompletnego hokeja.”

Właśnie tam kryje się to małe ziarenko nadziei. Bez Bedarda i Nazara, Blackhawks próbują wymyślić się na nowo jako zespół, który wygrywa niskimi wynikami, „wyszarpując” zwycięstwa. Przez chwilę to nie działało – Chicago przegrało pierwsze pięć meczów bez Bedsy’ego. Od tamtej pory Blackhawks wyglądają jednak na bardziej połączonych, dłużej utrzymują się przy krążku w ataku, a młodzi zawodnicy coraz częściej pracują poniżej linii bramki, krążąc z krążkiem i podtrzymując jego posiadanie. Blashill powiedział, że wewnętrzne analizy pokazują ostatnio wzrost czasu gry w tercji ofensywnej. Wczorajszy mecz był tego kolejnym przykładem: Oliver Moore podbił krążek między dwóch obrońców Washingtonu i ruszył za nim, tworząc okazję strzelecką; Artyom Levshunov „tańczył” wzdłuż niebieskiej linii, szukając linii strzału lub podania; Ryan Greene znajdował miękkie strefy w defensywie Capitals, dochodząc do sytuacji bramkowych; a Nick Lardis kreował sobie dobre okazje. Nie tylko waleczni weterani, tacy jak Tyler Bertuzzi i Dickinson, harują na lodzie. Młodzi też. To nowa „tożsamość w tercji ofensywnej”, o której Blashill ostatnio nieustannie mówi. To ogromna różnica w porównaniu z widowiskowym stylem „fun-and-gun”, który szybcy Blackhawks grali wcześniej w sezonie, gdy odważna ofensywna błyskotliwość Bedarda i szybkość Nazara po linii prostej, trzymały ich w pobliżu play-offów. Tamta drużyna żyła z przejścia do ataku i gry z kontr, a gdy mecze się zacieśniały w trzeciej tercji – a w 13 z pierwszych 16 spotkań wynik był remisowy lub różnica wynosiła jedną bramkę na początku do trzeciej tercji – ktoś, zwykle Bedard, brał to na siebie.

Ta drużyna jest teraz inna – skromniejsza, bardziej zachowawcza, ostrożniejsza – bo taka musi być. Gra prościej w strefie neutralnej i jak ujął to Blashill, unika ryzykownych zagrań, by „przetrwać kolejny dzień”. „Wygrywaliśmy tamte mecze wcześniej, bo wyjątkowy zawodnik strzelał wyjątkowego gola i mogliśmy grać innym stylem” – powiedział Dickinson. „Teraz tracimy bramkę na początku trzeciej tercji i myślimy o tym kto to strzeli. Uczymy się, że możemy wytrzymać, walczyć dalej i mozolnie dłubać swoje, bo pracujemy nad procesem, który jest spójny i wiarygodny. Blash pracuje nad tym każdego dnia i zaczynamy widzieć tego efekty: trochę więcej czasu w tercji, trochę więcej „brzydkich” goli. Bert (Tyler Bertuzzi – przyp. red.) zaliczył dwie bramki w drugim meczu z Dallas spod bramki. To są rzeczy, nad którymi pracujemy, by wykształcić nawyki potrzebne do wygrywania ciasnych spotkań.”

Założenie – i nadzieja – są takie, że gdy Bedard i Nazar wrócą w niedalekiej przyszłości, Blackhawks będą znacznie bardziej wszechstronną drużyną, zdolną wygrywać mecze na więcej sposobów i w różnych stylach. „Kiedy tamta dwójka wróci, mamy nadzieję, że nie będziemy się do nich dostosowywać ani czynić z nich jakichś zbawców” – powiedział Dickinson. „Oni dołączą do zespołu, który gra dobrze i funkcjonuje tak, jak chcemy grać jako grupa, tworząc tożsamość. I będą mogli płynnie się w to wpasować i dalej grać w sposób, w jaki chcemy, gdy będziemy naciskać w stronę miejsca w play-offach.”

Blackhawks mają dokładnie miesiąc do przerwy olimpijskiej, ale w tym miesiącu upchnięto aż 16 meczów. Już następnej nocy, zakończą ciężki odcinek sześciu spotkań w dziewięć dni, meczem z Vegas Golden Knights. To nieuchronnie oznacza mniej treningów, a więc większy nacisk na analizę wideo i indywidualną regenerację. To, jak poradzą sobie w najbliższym miesiącu, zadecyduje o tym, jak bardzo – jeśli w ogóle – znaczące będą marcowe mecze. Jednym z plusów posiadania zaledwie jednego olimpijczyka w składzie (ligowe minimum) – Fina Teuvo Teräväinena – jest to, że wszyscy pozostali mogą dać z siebie wszystko przez 31 dni, wiedząc, że po drugiej stronie czeka ich meksykańska plaża. W sobotnim porannym wystąpieniu do drużyny, Blashill zapożyczył trenerskie powiedzenie od szkoleniowca futbolu amerykańskiego Uniwersytetu Indiany, Curta Cignettiego, o „układaniu świetnych dni jeden za drugim”. Strata punktowa nie jest ogromna, ale liczba zespołów stojących im na drodze już tak, a więc potrzeba będzie naprawdę mnóstwa świetnych dni, by Blackhawks zbliżyli się play-offów na w Konferencji Zachodniej.

Na półmetku sezonu ten cel jednak wciąż pozostaje aktualny. Skoro Buffalo potrafiło to zrobić, to każdy może, prawda? „Bez tamtej dwójki w składzie nie będziemy wygrywać, strzelając rywalom po siedem goli” – powiedział Foligno o Bedardzie i Nazarze. „Ale mamy wystarczająco dużo umiejętności. Chłopaki znajdują sposoby, by robić zagrania w odpowiednich momentach, a potem masz dobrego bramkarza i obrońców, którzy harują jak diabli. To sprawia, że jest bardzo fajnie.” Foligno przed sobotnim wieczorem miał bilans 0/13 w rzutach karnych w całej karierze. Wcześniej w tygodniu zdobył jednak efektownego gola podczas konkursu karnych na treningu z uczestnikami Make-A-Wish – bramkę, którą okrasił żartobliwym okrzykiem w stronę Blashilla, by następnym razem wpuścił go do gry. Blashill spełnił prośbę w szóstej serii, ku radości – i zaskoczeniu – Foligno. „Pomyślałem, że przez całą karierę mam „zero”, więc tego potrzebuję” – powiedział kapitan Blackhawks. „Jestem teraz na etapie, że po prostu mam to gdzieś. Byłem nakręcony, żeby wyjść. Wyglądałem jak małe dziecko, kiedy wywołał moje nazwisko. Pamiętam, jak wyskoczyłem, spojrzałem na niego cały podekscytowany. Nie dałem mu szansy, by się rozmyślił. Po prostu wskoczyłem na lód. To było świetne uczucie strzelić to dla chłopaków, oczywiście.”

Blashill postawił w czwartej serii na mierzącego 203 cm obrońcę Louisa Creviera. To mogło zaskakiwać, ale Crevier jest bezbłędny podczas treningowych karnych, mając firmowy backhand pod poprzeczkę. W sobotę jednak posłał krążek nad bramką. To dało szansę Foligno, a ten po prostu podjechał i pokonał Logana Thompsona – bez fajerwerków, bez kombinowania. Był to trzeci konkurs rzutów karnych Blackhawks w ostatnich pięciu meczach i piąty w tym sezonie. W dwóch poprzednich sezonach łącznie mieli ich tylko osiem. „Nick i ja rozmawialiśmy o tym” – powiedział Blashill. „Gdy jesteś młody, bardzo się przejmujesz karnymi. Konkurs karnych bywa czasem barierą psychiczną. Myślę, że on doszedł do punktu, w którym mówi: „Po prostu pojadę i zobaczę, co się stanie”. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo dało to finalnie dwa punkty na trudnym terenie. A więc teraz czekamy na powrót Connora i Franka, a zanim wrócą – na najbliższy mecz z Knights.

Poprzedni wpis
Wygrana Blackhawks po karnych w wyjazdowym meczu z Washington Capitals
Następny wpis
Chicago Blackhawks vs Vegas Golden Knights – zapowiedź meczu